28 marca zmarł nagle Piotr Szygalski, dziennikarz specjalizujący się w tematyce filmowej. Prowadził programy m.in. na antenie TVP 2, TVP Kultura, TVP HD, Rozgłośni Harcerskiej, Radia Wawa, Radia Praga; współpracował z „Playboyem”, „Machiną”, „Maximem” czy Wirtualną Polską. Żegnamy naszego przyjaciela.

To zawsze musiało być miejsce w pierwszych rzędach, nie ważne czy to był pokaz prasowy studenckiej etiudy czy galowa premiera z udziałem gwiazd. A niewielka wada wzroku była tu zapewne tylko pretekstem. Najmniejszy detal filmu miał przecież kluczowe znaczenia – kolor rękawiczek Ryana Goslinga w „Drive”, dyskretny grymas kobiety w duńskim dramacie psychologicznym czy szczegół architektoniczny w najnowszym Bondzie. Wszystko można było potem wykorzystać w wywiadzie, przekuć w smaczną anegdotkę w programie, a – przede wszystkimi – można było godzinami analizować w rozmowach.

Ale zanim powstała zapowiedź filmowa lub zarys wywiadu, w nieodłącznym notesie miękkim ołówkiem trzeba było zapisać jakiś szkic, czasem choćby jeden trop, czy przeczytaną właśnie myśl. Bo żadne zadane pytanie nie mogło być sztampowe, komentarz wtórny, a puenta banalna. Wszystkie zdania musiały lśnić. Sztampa to dla Szygala było największe tabu, a brak polotu w wywiadzie – niewybaczalny błąd. Każda fraza musiała mieć ten charakterystyczny sznyt, przemycać pythonowski żart – zawsze z lekko szelmowskim uśmiechem. Czy to na festiwalowej gali, przed telewizyjną kamerą, w radiowym studio, czy podczas kameralnego spotkania z twórcami.

Ta sama metodyczna pedanteria obowiązywała na festiwalach – wczesna pobudka, bo przecież seanse startowały z samego rana. Łyk kawy i można było rozpocząć filmowy maraton – dokumenty, fabuły, animacje. Klasyka, nowa fala, kino gatunkowe. Minimum trzy seanse dziennie. A wieczorem w festiwalowym klubie dopiero rozkręcało się życie, gęstniał tłum i „sytuacja robiła się baśniowa”. Zawsze można z kimś było przybić piątkę, skrzyżować polemiczne kopie, wbić celną szpilę i dokonać szybkiego przeglądu filmowych aktualności. Albo trwającej do rana filmoznawczo-towarzyskiej wiwisekcji, bo Szygal oglądał po prostu wszystko. A i w branży znał niemal wszystkich.

Czasu nie mogło też zabraknąć na codzienny rytuał. Gruntowna prasówka bez chodzenia na skróty – od „Wyborczej” po „Nasz Dziennik”, od „Przeglądu” po „Do rzeczy”, równo szły dzienniki i tygodniki wszelkiej maści, a na deser koniecznie „Przegląd sportowy”. Felietony, analizy, polemiki, Lis, Ziemkiewicz, Hartmann, Terlikowski – Szygal był medialnie wszystkożerny, w końcu, jak sam mawiał, porządny dziennikarz musi czytać wszystko. I koniecznie, żeby te wszystkie periodyki zawsze były pod ręką – kilka metrów sześciennych domowych archiwów (inspektor ppoż. dostałby zawału).

I nawet, gdy już trochę przestawał się wyrabiać na życiowych zakrętach, to nie zwalniał tempa. A dłuższe niż zwykle noce mniej marnował na sen, a bardziej wykorzystywał na nadrobienie prasowych zaległości, obejrzenie kolejnego serialu czy filmu. Choć powoli kolor tego filmu blakł, rwała się klisza.

No a potem jeszcze ten wredny wirus, wymuszający dystans między ludźmi. To było całkowicie sprzeczne z jego naturą. Ulubiony przez niego Przegląd Piosenki Aktorskiej odwołany. Kina zamknięte na głucho, bezterminowo zawieszone pokazy. Tego było już naprawdę za wiele…